Strony

niedziela, 29 lipca 2018

8. Mamma Mia: Here We Go Again!

Film zatytułowany "Mamma Mia", wbrew opinii krytyków, podbił serca milionów ludzi na całym świecie, w tym moje.  Donna (Meryl Streep) prowadzi mały hotelik na jednej z greckich wysp. Kobieta samotnie wychowuje córkę Sophie (Amanda Seyfried). Dziewczyna wychodzi za mąż i chce, aby to jej nieznany ojciec poprowadził ją do ołtarza. Gdy znajduje pamiętnik matki prowadzony w przeszłości odnajduje nazwiska trzech mężczyzn, z którymi matka była związana przed jej narodzinami. Dziewczyna wysyła do każdego z kochanków matki zaproszenie na ślub, mając nadzieję, że się na nim zjawią. Ostatecznie na ślub przyjeżdżają wszyscy trzej. Zabawna, prosta historia, okraszona najsłynniejszymi piosenkami Abby, była idealnym wyborem na wakacyjny seans.
Zaznaczyć trzeba również, że film bez przyjaciółek głównej bohaterki, Tany (Christine Baranski) oraz Rosie (Julie Walters) byłby o półkę niżej, jeżeli chodzi o humor. Ich wzajemne "przepychanki" oraz cięte riposty dodawały ogromnej dozy zabawy.


Po dziesięciu latach, postanowiono stworzyć kontynuacje tej historii i oto w tak piękny sposób otrzymaliśmy "Mamma Mia: Here We Go Again!". Gdy dowiedziałem się o tym filmie, ucieszyłem się niemiłosiernie. Nie wiedząc nic na temat fabuły, miałem pewność, że będzie ponownie ogromnym hitem. Niestety, z każdym kolejnym zwiastunem, byłem coraz bardziej rozczarowany aż w końcu, stało mi się to obojętne. Polska premiera, zaplanowana była na 27 lipca a ja długo zwlekałem z decyzją czy wybrać się na to do kina. Czytałem i oglądałem recenzję różnych krytyków (tych zawodowych oraz amatorów) i niezależnie od opinii, w każdej zostało użyte sformułowanie: "jeżeli dobrze bawiliście się na pierwszej części, musicie iść na drugą a zabawa będzie gwarantowana".
Nie czekając zbyt długo zarezerwowałem bilety i wybrałem się do kina.
Sophie, przejęła interes po mamie i szykuje się na otwarcie odremontowanego hotelu. Ze wszystkim została sama ponieważ jej mąż Sky (Dominic Cooper) wyjechał na szkolenia z hotelarstwa, Harry (Colin Firth) oraz Bill (Stellan Skarsgard) rozwijali się zawodowo. Jedynie ojciec numer trzy, Sam (Pierce Brosman) starał się pomagać. Po przyjeździe swoich ciotek, Tany oraz Rosie, młoda Sheridan poznaje historie młodości swojej matki. 

W przeciwieństwie do do pierwszej części którą reżyserowała Philida Llyod, tutaj to stanowisko objął Ol Parker co niestety widać. Zaczynając od przepięknych widoków z pierwszej części które zostały zastąpione innymi (również ładnymi) po zgrzyt w historii młodej Donny. Jeżeli uważnie oglądaliście część pierwszą zobaczycie pewne różnice o (których zamierzam wspomnieć poniżej, więc jeżeli nie chcecie tracić frajdy z seansu omińcie ten fragment).
W filmie z 2008r. mogliśmy zauważyć, że o romansie Donny, jej najlepsze przyjaciółki dowiadują się dopiero po latach, tutaj duży nacisk jest na zauroczenie Rosie do Billa w młodości. Historia poznania potencjalnych ojców również została zmieniona. Gdy przypomnimy sobie o czym czytała Sophie w pamiętniku matki, zauważymy, że wyglądało to jednak inaczej.
A teraz, wisienka na torcie czyli matka Donny. Meryl Streep w jednym z dialogów dała nam do zrozumienia, że jej matka już nie żyje. Najwidoczniej postać Ruby Sheridan wstała z grobu z twarzą Cher która wygląda młodziej od swojej wnuczki. Czy to jest zaniedbanie reżysera a może zabieg specjalny.. tego nie wiem ale niestety raziło mnie to bardzo.


Skoki w czasie, na początku filmu, według mnie były bardzo irytujące, może przez to, że było ich po prostu za dużo. W połowie filmu to wszystko się w miarę wyrównało. Trzeba też wspomnieć o młodych odpowiednikach głównych bohaterów. Wszyscy krytycy zachwycali się Lili James, która wcielała się w młodą Donne. Moim zdaniem zagrała dobrze ale czy jest się czym zachwycać? Na pewno nie oddała w 100% ekspresji jaką mogliśmy zobaczyć u Streep. Natomiast bardzo dobrze wypadli Josh Dylan jako młody Bill oraz Hugh Skinner wcielający się w młodego Harrego. Również młode przyjaciółki czyli Alexa Davies (Rosie) i Jessica Keenan Wynn (Tanya) w rewelacyjny sposób swoją mimiką, ruchami oraz wypowiedzianymi dialogami wcieliły się w postać. Z młodej gwardii najgorzej wypada Jeremi Irvine jako Sam. Wydaje mi się, że spowodowane jest to, odgrywaniem mało charakternej postaci.
Natomiast stara obsada wypada rewelacyjnie. Widać, że zjawili się na planie by po prostu świetnie się bawić. Baranski, Walters, Firth oraz Skarsgard swoim luzem i humorem wyciągają ten film o dwie półki wyżej.



Co mnie bardzo zaskoczyło, to fakt, że ta historia pomimo swojej prostoty, przewidywalności i lekkości jest bardzo smutna. Pomimo tego, że momentami nie trzyma się kupy i wieje lekkim kiczem ogląda się przyjemnie a łezka w oku podczas seansu zakręci się kilkakrotnie. Ja, ze względu na to, że z każdego filmu staram się wyciągnąć jak najwięcej, przez jakąś część filmu nie potrafiłem się rozluźnić. Wiele rzeczy mi się gryzło, było niewłaściwe czy pozbawione zostało jakiegokolwiek sensu. Dopiero gdy z głośników zabrzmiała piosenka "Dancing Queen", a sala zaczęła tańczyć, śpiewać na cały głos pomyślałem sobie "Zazuu, ale o co ci chodzi. Zapłaciłeś za ten cholerny bilet by się dobrze bawić a nie szukać filozoficznego sensu!". Trzeba też wspomnieć o najważniejszym w tym filmie czyli piosenkach ABBY. Poza kilkoma szlagierami, kojarzonymi z tym zespołem pojawiają się te mniej znane utwory z końcówki działalności grupy. Jest to chyba powód wydźwięku filmu, ponieważ piosenki pomimo miłego i przyjemnego opakowania, w jaki sposób zostały nam sprzedane, teksty są bardzo smutne i poważne.
Kwintesencją całego filmu jak i działalności zespołu ABBY był finał, w którym cała obsada aktorska wykonywała piosenkę "Super Trouper". W strojach, aranżacji i całej otoczce, kicz aż kipiał ze wszystkich stron. Ale to był tak przyjemny kicz, że z chęcią chciałbym go powtórzyć.

Na pytanie czy warto obejrzeć ten film bez wątpienia odpowiem, że tak. Ja na pewno go powtórzę. Może nie w kinie ale ze znajomymi przy dobrym drinku na pewno gwarantuje świetną zabawę!
Bo przecież "You can dance, you can jive, Having the time of you life ;)"



7 Czytaj dalej »

piątek, 27 lipca 2018

Teraz wygrywam JA!

1
Świat jak i nasze życie, skonstruowane jest w tak durny sposób, że praktycznie codziennie musimy się z czymś zmierzyć. W pracy, szkole, domu, na ulicy. Dokonywać wybory od których będzie zależało nasze dalsze życie czy słowa za które musimy odpokutować przez wiele lat.
Za względu na swój cięty język i zadziorny charakter, codziennie ponoszę konsekwencję wypowiedzianych zdań, ale to podobno buduje nasz charakter. To, kim jesteśmy i w jakim miejscu możemy być wdzięczni (lub nie) samemu sobie.
Nie mamy wpływu na przeszłość, na to co się już nieodwracalnie zadziało ale możemy zrobić wiele by w przyszłości było o wiele lepiej. Jestem tego świadomy i powtarzam przy każdej możliwej sytuacji: nie stanie się to za dzień, dwa, miesiąc czy pięć miesięcy, ale moje pozytywny czyny będą skutkować pozytywnie w przyszłości.

Zawsze wychodziłem z założenia: oko za oko, ząb za ząb. Jak mnie będziesz traktować ja odwdzięczę się tym samym. Nie wierzę w to co właśnie piszę i osoby które mnie znają nie będą w stanie w to uwierzyć ale z biegiem lat widzę, że jest to najgorsza zasada życia jaką mogłem sobie wybrać.
Często traktowałem źle ludzi ponieważ oni byli tacy wobec mnie, ale musiał być tego jakiś powód, nigdy nie atakowałem pierwszy i często najzwyczajniej w świecie nie zwracałem uwagi na dane osoby.
Podobno nie ocenia się książki po okładce ale kurde! Idąc to księgarni, aby jakaś powieść nas zaintrygowała wybieramy po tym jak prezentuję się okładka (no i musi być również kontrowersyjny, fajny tytuł, ale na szczęście dla nas imię nie jest aż tak ważne.), dopiero gdy ją przeczytamy, uświadamiamy sobie, że jednak jej prezencja nie jest wcale taka ważna.
Tak samo jest i z ludźmi, sory, nie uwierzę, że nikt z was nie patrzy na wygląd. Później w rozmowie, może i owszem ale wystarczy nam 5 sekund aby już stworzyć obraz danej osoby po tym jak wygląda. Czy jest miły, uczciwy itp. Na szczęście w wielu przypadkach są to mylne opinie ale jednak.
Jeżeli dalej będziecie się upierać, znajdę dla was przykład z życia:
Piękny, słoneczny dzień, od samego rana przytrafiają się wam tylko i wyłącznie miłe i dobre rzeczy. Idziecie do sklepu by zrobić zakupy. Przy kasie wita was kasjerka, z grymasem na twarzy, zakupy prawie wam rzuca a na pytanie odpowiada wręcz krzykiem.
Czy ktoś z was się zastanowi nad tym czemu tak się zachowuje? Może dostała przed chwilą wypowiedzenie a ma do wyżywienia całą rodzinę albo ktoś z bliskich miał poważny wypadek a ona nie może nic zrobić ponieważ za szefa ma chuja, dla którego liczą się tylko pieniądze.
Dobra, wróćmy do tematu bo zboczyłem ze ścieżki. Gdy tak głębiej się zastanowię, jestem w stanie zobaczyć jak wyglądam przy poznaniu nowych ludzi. Często mam lekko przekrzywione usta a mój wzrok mówi: nie podchodź ponieważ na start cię nie lubię. Nie robiłem tego umyślnie ale niestety w wielu przypadkach tak było. Moja mina, opinia rozmówcy, pierwszy atak w moją stronę, moja odpowiedź i w taki sposób zaczyna się spirala nienawiści....
Wychodzi na to, że to jednak ja zaczynałem spór komunikacją niewerbalną. Dla tych, którzy nie są obeznani, komunikacja niewerbalna, jest to komunikacja za pomocą ruchów oraz gestów ciała.
Teraz wiem, że w momencie kiedy z kimś się nie dogadują bądź gdy ktoś mnie atakuje lub ma na mnie zły wpływ, lepiej po prostu odsunąć taką osobę z życia.


Na wstępie zacząłem pisać o różnych rodzajach walki. Najgorsza jest jednak bitwa z samym sobą. Z tym co czujemy, co robimy a nawet z naszymi myślami. Nie ma jakiegoś wspólnego mianownika który pomoże od razu każdemu. Wielokrotnie przegrywamy bitwy z naszymi przyzwyczajeniami, podejściem do świata ale trzeba pamiętać, że wojna będzie trwała do końca a chyba każdy z nas lubi wygrywać. Do momentu kiedy nie zrozumiemy w czym leży problem i jak zrobić pierwszy krok by walka była równa, wiecznie będziemy pokonani.
Fajnie by było gdyby na świecie istniał Superman czy Wonder Women, ale gwarantuję wam, że żadne z nich nie weszło by do waszego ciała, i nie pokonało by waszych myśli.
Tak jak ja, teraz gdy podchodzę do ludzi, staram się uśmiechać, nie dawać oznaki dyskomfortu i zmieniać to, co przeszkadza mnie w samym sobie.

O samo akceptacji zamierzam napisać oddzielny wpis. Ze względu na to, że dawno tego nie robiłem, zaproszę was na swojego instagrama, wstawiam tam trochę codzienności i wgl fajne rzeczy ;). Wystarczy kliknąć tutaj.

Czytaj dalej »

piątek, 20 lipca 2018

Masz kontrolę nad swoim ciałem?

8

Na początek zadam takie proste pytanie: z czym kojarzy ci się słowo dyscyplina?
Może ja zacznę aby było wam raźniej. Dyscyplina zawsze kojarzyła mi się z odpowiednim zachowaniem przy stolę czy w gościach, chodzeniem prosto i używaniem odpowiednich słów.
Skromnie powiem, że skojarzenia miałem dobre.

Przygotowując ten post w głowie zrodziło mi się kolejne pytanie: Czy jestem wolnym człowiekiem.
Moja pierwsza odpowiedź była oczywista. Tak, robię co chcę, pracuję ale w każdej chwili mogę to rzucić, chodzę na treningi, odpoczywam. Tak, jestem wolnym człowiekiem!
Nie był bym sobą, gdybym nie zaczął się zagłębiać w ten temat. Czym jest wolność, jakie są jej cechy. Łał, mam pomysł na post. Wezmę się za pisanie. póki natchnęła mnie wena.
Usiadłem do komputera koło 20:00 (w tedy zaczyna się rozmyślanie nad światem) i za nim włączyłem stronę, załączyłem YouTube aby cicho grała mi muzyka.
"O, xyz dodali nowy film, muszę obejrzeć!
 O! tego też nie widziałem!
 Ten tytuł to na pewno podpucha.

 Nie no, wydali nowy teledysk i ja go nie widziałem?"
I o to w ten piękny sposób minęły mi dwie godziny a wena uciekła w siną dal. Nie ma tego złego, następnego dnia szedłem do pracy na 14:00 więc pomyślałem sobie, że po prostu położę się wcześnie spać, to tak o 8:00 będę gotowy do działania.
Yhym, nie dość, że do jakieś 3:00 w nocy ślęczałem na social mediach to rano jak się przebudziłem po 12:00 to godzinę zajęło mi zwleczenie się z łóżka.
Wiedząc, że i tak coś przełożyłem na następny dzień, czy to był w 100% mój wybór, czy jednak nawyki które mają nad nami kontrole.

Śmiesznie to brzmi, bo przecież jak coś, co jest zależne od nas, może nad nami władać?
Wyszło na to, że jednak nie jestem wolny.
Jak mam osiągnąć to co chcę, kiedy zamiast działać od razu, przekładam na następny dzień, który przyniesie mi kolejnych obowiązków i zadań.
Jak mam być sprawny i pełny energii, skoro kładę się spać w środku nocy a śpię do południa. Przyznam szczerzę, że lubię funkcjonować nocą, ale doskonale wiem, ile dnia następnego dnia mi zabraknie na realizowanie celów.
Oczywiście, komuś może pasować wylegiwanie się na kanapie przed telewizorem ale mnie chyba nie do końca. Lubię odpoczywać, to prawda, ale mam swoje cele, więc skoro czasu jest tak mało, to czemu mam go jeszcze, dodatkowo marnować?



Tutaj wychodzi ten brak dyscypliny o którym wspomniałem na początku. Dopiero gdy nauczymy się zasad będziemy mogli je łamać.
W świecie który tak pędzi do przodu, nasze pomysły często są już przeterminowane, ponieważ ktoś nas wyprzedzi, ktoś przegoni a my będziemy musieli zaczynać od nowa.
Nie zamierzam wprowadzić wszystkich zasad od razu, ponieważ wiem, że jest to nierealne. Mam duży problem z odmówieniem sobie czegoś, co lubię.
Na przykład, pomimo swojej diety, aktualnie jem Knoppers'a ponieważ je lubię.
Wiem, że nie rzucę tak szybko palenia ponieważ sprawia mi to ogromną przyjemność. Chcę zacząć od małych kroków. Zacznę wcześnie wstawać. Nie tak jak do tej pory, o czternastej a na przykład o ósmej.
Wszystko z czasem zacznę wpajać aż w końcu wypracuję sobie te nowe, lepsze nawyki i to ja będę decydował kiedy zobaczyć nowy odcinek serialu.
Ciężka praca i czas, dwa aspekty które są w stanie doprowadzić człowieka do sukcesu.


Czytaj dalej »

niedziela, 15 lipca 2018

Motywacjo, gdzie jesteś ?

3

Od ostatnich kilku miesięcy olałem sprawę całkowicie.... Nic nowego.
Wszyscy dookoła mnie się rozwijają a ja, pomimo prób ... stoję w miejscu a jak wiadomo, ten kto nie idzie do przodu to się cofa.
Szczerze powiedziawszy nie mam bladego pojęcia czym jest to spowodowane. Znowu sfokusowałem się na pracę i to pochłania moje myśli cały czas.
Codziennie rano, po przebudzenia powtarzam sobie "Dzisiaj będzie inaczej! Dzisiaj dam radę i podbiję świat".  Wieczorem jednak okazuję się, że poza moim codziennym treningiem nie zrobiłem nic specjalnego co mogło by jakoś zmienić moje życie.

MOTYWACJO !! GDZIE JESTEŚ?!

Szukałem jej wszędzie. W łóżku, szafie, w parku, u sąsiadki, w burdelu (dobra, poniosło mnie), i nigdzie jej nie było. Dopiero gdy spojrzałem w lustro, zrozumiałem, że jeżeli sam się nie wezmę do pracy nikt za mnie tego nie zrobi. Ludzie mają zbyt dużo własnych problemów by się jeszcze interesować kimś innym. Tylko dlaczego by to zrozumieć trwało to tak długo, przecież codziennie patrzę się w lustro.
W pewnym momencie zobaczyłem przegranego, polegało to na akceptacji aktualnego stanu. Pogodzeniu się z tym, że moje marzenia przeleciały mi koło nosa a uwierzcie, do niektórych było naprawdę blisko. Uwierzyłem innym w to co mówią, uwierzyłem tym którzy myślą racjonalnie i przyszłościowo.
Szkołę jedną skończyłem, zaraz zaczynam drugą, przez ten czas muszę się jednak jeszcze trochę pouczyć.
Plan zajęć na lipiec/sierpień 2018:
-Jak być wytrwałym.
-Nie marnować czasu na głupoty
-Wiedzieć czego chcę!



Niby takie proste podpunkty które powinien znać i umieć każdy a to tak na prawdę przez niedouczenie, rezygnujemy z tego na czym nam bardzo zależy.
Rozmawiając z moimi rówieśnikami na temat pracy, często narzekam na swoją, na godziny pracy czy rzeczy które muszę robi bądź na fakt iż przez klimatyzację mam zawalone zatoki od kilku tygodni.
Zazwyczaj w odpowiedzi słyszę: no ale czego się spodziewasz w tym wieku? Że ktoś do ciebie przyjdzie i da ci wszystko co chcesz, na złotej tacy? A co, mam się godzić na wszystko, chodzić do miejsca którego nie lubię i czekać na co? Aż skończę 40 lat i nie będzie mi się już nic chciało.
Szanuję ludzi którzy w tak młodym wieku biorą to na klatę i współczuję akceptacji takiego stanu.
W momencie kiedy możemy wszystko nie robimy nic, a kiedy będziemy chcieli wiele, nie będziemy już mogli. 
Podobno moje cele są nieosiągalne ale:
1. Niektórym się już udało więc jednak są możliwe.
2. Przecież najlepiej smakuje osiągnięcie, nieosiągalnego.

"SPRÓBUJ DOSTAĆ SIĘ NA SZCZYT GDYŻ NA DOLE JEST TŁOCZNO!"



Czytaj dalej »

wtorek, 10 kwietnia 2018

Nigdy nie będę zbyt dobry.

11

Pomimo wyprzedzeniu blogów, przez platformę YouTuba, ta pierwsza trzyma się całkiem dobrze. Niektórzy uciekają stąd dla nagrywania filmów a inni dopiero co wchodzą w ten świat z różnych pobudek. Również dobrze jest podzielić ich na grupę: tych którzy po dwóch miesiącach zapominają o tym oraz tych, co odnoszą wielkie sukcesy. Oczywiście nie ma w tym nic złego, jeżeli ktoś uważa, że napisze dwa posty i od razu będzie miał niezliczoną ilość fanów, pieniądze same na jego konto będą napływać a firmy wysyłać różne sprzęty do testowania i nie tylko, takowa osoba może się zawieść na tym.
Nie ukrywam, fajnie by było, gdyby to tak działało. Już dawno bym się nie przejmował brakiem  pracy i może bym odstał coś fajnego typu iphone czy coś.
Nie wiem jak sprwa wygląda za granicą ponieważ tego nie śledzę, ale u nas w Polsce takimi kluczowymi nazwiskami w świecie blogów są: Jessica Mercedes, maffashion, Modny Tata czy Ekskluzywny menel. Oczywiście tych nazwisk jest więcej i można mówić różne rzeczy, że jedni na to wszystko sobie zapracowali inni kupili a jeszcze jacyś trzeci mieli znajomości. Ale przyznać im trzeba to, że zarabiają z pasji.
W takiej chwili rodzi się w mojej głowie pytanie: ile razy pomyślałeś sobie, że nigdy im nie dorównasz?
- bo ja bardzo często.





Przeglądając blogi innych, ich grafikę, zdjęcia często jakieś innowacyjne pomysły rodzi się we mnie.. zazdrość? to jest złe słowo. Myśl, że ja nigdy nie osiągnę tego co inni. Ktoś może się ze mną teraz sprzeczać, że jest to zazdrość. Być może, aczkolwiek ja tych ludzi szanuję, cieszę się, że udało im się osiągnąć to co sobie kiedyś zaplanowali, czytam ich wpisy i wspieram. Po chwili wracam na swojego bloga, patrzę się i wyłączam przeglądarkę. Nie myśląc o tym dalej, staram się funkcjonować w świecie realnym. Zazwyczaj włączam sobie "Nowe szaty Króla" i odpływam w świat zapomnienia. Kończy się film, a ja z nową energią totalnie zmieniam swoje myślenie.
Oni wszyscy też zaczynali od zera, muszę się bardziej postarać, zabrać do pracy i wierzyć w to, że mnie się też uda.
Bo przecież,nie od razu Rzym zbudowano.
Takie sytuacje pojawiają mi się cyklicznie. Jak mam mało komentarzy, statystyki spadają albo gdy mam ograniczony czas nawet na jedzenie.
 Są jednostki dla których negatywne komentarze bądź krytyka dołuje do tego stopnia, że pojawiają się myśli zrezygnowania ze swoich dotychczasowych osiągnięć.
Ja chyba to tego już przywykłem, hejt po mnie spływa a krytyka motywuje do dalszego działania.

Wrócę na moment do wzajemnego wspierania, ponieważ widzę, że coraz więcej osób ma z tym problem. Pomogą ale jedynie wtedy, kiedy sami dostaną coś w zamian, będą mieli z tego korzyści. Kilka dni temu, pewna osoba na jednej z grup wprost poprosiła o ocenienie bloga, co można zmienić ponieważ dopiero zaczyna i tak naprawdę nie wie co się z czym je. Byłem jedną z dwóch osób które w jakiś sposób pomogły, udzieliłem kilku rad tak po prostu, by się nie zraził już na początku. Gdy wszedłem na jego bloga, zobaczyłem, że ma dość dużą liczbę komentarzy z radami i nie tylko.
Czemu tak?
Odpowiedź jest prosta, bo można zostawić adnotację do swojej strony.
Okej, wiem jakie komentarze są ważne jeżeli mówimy o marketingu ale zwykła ludzka pomoc niczego wam nie odbierze.
Oczywiście to był tylko przykład, ja sam, nie raz prosiłem o pomoc, odzew był minimalny chyba, że miałem coś w zamian.
Mam nadzieję, że w końcu nasze społeczeństwo zrozumie, że zawiścią i myśleniem tylko o sobie, głownie rzucamy kłody przed własną ścieżką do sukcesu.


Czytaj dalej »